Zwiedzanie Fuerteventury z dzieckiem cz. I

Fuerteventura to idealne miejsce na wakacje z dzieckiem, jeśli chcemy aktywnie spędzić czas, a ponadto trochę poplażować. Nam udało się złapać zdrową równowagę między zwiedzaniem, leniuchowaniem i zapewnianiem atrakcji dziecku. Pobyt podzieliliśmy na 3 sfery – zwiedzanie urokliwych kanaryjskich miasteczek, gdzie posmakowaliśmy trochę historii,  poszukiwanie plaży idealnej, na której Myszek do woli wyżył się w piasku oraz poznawanie egzotycznego świata fauny i flory Wysp Kanaryjskich – pobyt w Oasis Park.

Kanaryjskie miasteczka – Betancuria, La Oliva i El Cotillo

Dzięki temu, że byliśmy mobilni postanowiliśmy odwiedzić kilka głównych atrakcji wyspy. Zrezygnowaliśmy ze zwiedzania stolicy – Puerto del Rosario, ze względu na jej przemysłowy charakter. W zamian za to udaliśmy się do położonej w środkowej części wyspy historycznej stolicy o wdzięcznej nazwie –  Betancuria – od Jeana de Béthencourta, francuskiego żeglarza, który podbił wyspę w XV wieku. Nasz zawód był ogromny. Miejscowość sama w sobie była urokliwa – rzędy białych domków ułożonych piętrami na wzgórzu na tle bujnej soczystej roślinności. Okazało się jednak, że poza krótkim postojem na parkingu i obejrzeniu panoramy nie ma tam co robić, gdyż miasto wygląda na opuszczone poza kilkoma błąkającymi się turystami. Casa de Santa Maria – muzeum etnograficzne z restauracją, kawiarnią i (ponoć) pięknym ogrodem, czyli główna atrakcja, było zamknięte bez jakiejkolwiek informacji. Postanowiliśmy zjeść posiłek w drugiej działającej knajpce, która wyglądała całkiem przyjaźnie, ale okazało się, że przed chwilą zamknęli kuchnię (godzina 16). Przeszliśmy się więc spacerkiem po wąskich uliczkach, zajrzeliśmy do kościoła (Iglesia de Santa Maria), posłuchaliśmy miejscowego grajka, podziwialiśmy białe zabudowania i…pojechaliśmy dalej. Po drodze zahaczyliśmy o pomnik Ayosa i Guize (Mirador Guise y Ayose) – dwóch historycznych władców Guanczów, rdzennych mieszkańców Fuerteventury, którzy podbici przez Betancura byli zmuszeni w 1405 roku przyjąć chrzest. Pomnik znajduje się na jednym z punktów widokowych i przedstawia wizerunki dwóch królów. Masywne, mierzące prawie 4 metry wykonane z brązu rzeźby prezentują się dumnie na tle kanaryjskiego krajobrazu.

Na północy wyspy odwiedziliśmy miejscowość La Oliva. Pojechaliśmy tam, żeby przespacerować się po ładnym skwerze, zajrzeć do XVIII-wiecznego kościoła oraz Domu Pułkowników (Casa de Los Coroneles). Niestety i tutaj nie mieliśmy szczęścia. Dął straszny wiatr, do tego stopnia, że turyści podjeżdżali na skwer, wyskakiwali z auta, by cyknąć kilka fotek i odjeżdżali. Ze spaceru więc nic nie wyszło, aczkolwiek skwer i kościół prezentowały się bardzo ładnie. Kilkaset metrów dalej znajdowało się Muzeum Sztuki Kanaryjskiej (Centro de Arte  Canario), do którego wizytę sobie odpuściliśmy, gdyż Myszek akurat ucinał sobie drzemkę w aucie… Ostatni punkt programu – Dom Pułkowników -kolonialny budynek z XVII wieku, główna atrakcja miejscowości, zawiodła nas samym wyglądem, gdyż prezentowała się co najmniej mało okazale, więc ją także sobie darowaliśmy. Ruszyliśmy do El Cotillo, licząc, że chociaż tam spędzimy miłe chwile…

El Cotillo położone w północno-zachodniej części na szczęście okazało się urokliwym miasteczkiem z czarną plażą. Kiedyś miejscowość portowa, dzisiaj przyciągająca turystów ze względu na białe zabudowania, wulkaniczną plażę i liczne restauracje serwujące dary morza. Z chęcią przespacerowaliśmy się promenadą, gdyż tutaj wiatr nie dawał się aż tak we znaki. Po drodze zaglądnęliśmy do kilku restauracji, a także obejrzeliśmy pomnik kobiety wyglądającej w morze oraz pomnik dwóch rybaków, którzy po zakończonym połowie wypychają łódkę na brzeg. To właśnie zaraz obok tego pomnika zdecydowaliśmy się na obiad – świeżą i przepyszną rybę z patelni oraz ziemniaczki kanaryjskie. Myszek miał uciechę z kamienistej plaży. Uważnie oglądał, podnosił i rzucał opłukane przez morze owalne czarne kamienie. W El Cotillo mieliśmy także okazje podpatrzeć leniwie toczące się życie wyspiarzy, którzy zamiatali podwórka, wieszali pranie. Najbardziej jednak rozbawił nas widok okazałego kaktusa rosnącego obok pewnej posesji, przystrojonego jak bożonarodzeniowa choinka! No tak..w końcu każdy kraj ma swoje świąteczne drzewko 🙂

Po spacerze udaliśmy się kawałek poza miasto, aby zobaczyć twierdzę obronną – Torre del Tostón z XVIII wieku. Twierdza okazała się małą, przysadzistą wieżą, nas bardziej natomiast interesowały widoki. Przeszliśmy się po ładnych klifach i napawaliśmy bryzą od oceanu. Potem skoczyliśmy jeszcze na Playa del Cotillo, ale nie w celach kąpieli, ale żeby zobaczyć tutejszą główną atrakcję – kitesurferów i windsurferów, przybywających tłumnie w to miejsce, ze względu na wyjątkowo dobre warunki do uprawiania tych właśnie sportów.

Na tym nasze zwiedzane historycznych atrakcji Fuerteventury się zakończyło. Czytaliśmy wcześniej, że wyspa pod tym względem nie przoduje, ze względu na swój swojski, bardziej rolniczy charakter. Próżno tu szukać pięknych i okazałych zabudowań, bogato rzeźbionych typowych kanaryjskich balkonów, historycznych budowli (pod tym względem polecam Teneryfę!). Mimo wszystko to właśnie szczególnie poza sezonem warto zajrzeć do kilku miasteczek, żeby poczuć klimat prawdziwego kanaryjskiego życia. Wąskie brukowane uliczki, białe domki, wyspiarze przyglądający się turystom pozwalały nacieszyć się spokojem, z dala od gwaru cywilizacji. Tutaj wszystko działo się jakby z spowolnieniu. Zamiast pędzić od muzeum do muzeum warto na Fuercie po prostu delektować się jej klimatem, na który składają się pustynne krajobrazy, setki kóz biegających po skałach, dumnie prezentujące się na horyzoncie wiatraki. Właśnie historyczne wiatraki to znak rozpoznawczy Fuerteventury, warto więc zatrzymać się przy którymś, gdyż prezentują się naprawdę okazale. Kiedyś służyły do wyrabiania mąki (gofio), nawadniania pól lub produkcji prądu. Co prawda, gdyby się uprzeć, pozostało kilka ciekawych punktów do zobaczenia m. in. na południu budynek latarni morskiej Faro de la Entallada, Muzeum Soli oraz fermy kozich serów, ale z racji tego, że kulturowo zażyliśmy tyle, ile nam było potrzeba, a poza tym wiatr nas trochę zraził do zwiedzania, postanowiliśmy skupić się na przyrodniczych atrakcjach. I tak wyruszyliśmy na poszukiwanie plaży idealnej…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *