Wyprawka – jak nie zbankrutować?

Tu nie znajdziesz oklepanej listy wyprawkowej, na którą wydasz krocie, a potem część z gratów rzucisz w kąt ze stwierdzeniem „na co mi to było?”. Znajdziesz tu za to garść cennych porad jak stawiając na minimalizm, cieszyć się macierzyństwem, a w dodatku nie zbankrutować.

Znam ten ból, kiedy wchodzisz do hurtowni z artykułami dziecięcymi i nagle wydaje Ci się, że wszystkie te słodkie dziecięce ciuszki i gadżety są Ci KONIECZNIE potrzebne, bo bez nich Twoje pierworodne dziecko na pewno będzie gorsze, nie rozwinie w sobie geniuszu, a już na pewno będzie Ci miało kiedyś za złe, że na nim przyoszczędziłaś. Ta..w końcu na dziecko wydasz ostatni grosz, prawda? A kiedy załącza Ci się syndrom wicia gniazda w granicach 6-7 miesiąca ciąży to tym bardziej ktoś powinien zablokować Ci kartę płatniczą.. Mam dla Ciebie dobrą wiadomość. Można kupić super wyprawkę za bardzo godziwe pieniądze. A nadwyżkę zostaw sobie na fryzjera, bo po porodzie długo tam nie zawitasz 😀

Uważam, że nie istnieje coś takiego jak idealna lista wyprawkowa. Pamiętam jak sama będąc w pierwszej ciąży, przeczesywałam internety, co rusz natrafiając na bardziej rozbudowaną listę, aż mi się dwoiło i troiło w oczach. Nie miałam pojęcia jak ugryźć temat, bo jak zdecydować co Ci potrzebne, skoro jeszcze nie masz bladego pojęcia o tym, jak wygląda rzeczywistość z niemowlakiem. No więc dopisywałam do owej listy co chwilę coś nowego, aż jej rozmiary sięgnęły 2 kartek A4. Na szczęście pojawił się głos rozsądku, którym był mój mąż. Na wielkie szczęście Luk już co nieco wiedział o „niezbędnych gadżetach” dla dziecka i dzisiaj cieszę się, że go posłuchałam. Lista wylądowała w koszu, a dzięki niemu udało mi się zapobiec kilku spektakularnym klapom i zaoszczędziłam co najmniej kilka stów w portfelu.

Powiedzmy sobie jasno – nie ma chyba mamy, która w szale zakupów wyprawkowych nie pokusiła się o zakup przynajmniej jednej rzeczy/gadżetu, który okazał się co najmniej zbędny. Tak było, jest i będzie, że pewne rzeczy po prostu musimy przetestować na własnej skórze, a raczej skórze dziecka. Dlatego jestem taką przeciwniczką list typu „to musisz mieć”, „koniecznie przygotuj” itp., guzik prawda, nic koniecznie nie musisz. Biznes dziecięcych akcesoriów jest ogromny i marketingowcy tylko czyhają na właśnie takie jak ty niedoświadczone mamy, które wydadzą ostatni grosz na „koniecznie potrzebny” podgrzewacz pieluszek, otulacz z bawełny eko i bujaczek z 30-stopnoiwą regulacją wibracji. Jak w tym wszystkim nie zwariować i zaoszczędzić czas i kasę?

Kupuj używane

Wyprawka może kosztować od kilkuset złoty do kilku, a nawet kilkunastu tysięcy. Zależy co Ty rozumiesz pod pojęciem „wyprawka”.  Bo jeśli chodzi o środki pielęgnacji i ubranka, to pikuś. Ale trzeba jeszcze przecież pomyśleć o wózku, mebelkach, pościeli, poduszkach do karmienia, otulaczach, kocykach, wanienkach, wkładkach do wanienki, bujaczkach, matach edukacyjnych, gryzakach, podgrzewaczach i masie innych gadżetów. Już Cię rozbolała głowa? No właśnie…  My większość akcesoriów kupiliśmy używanych i dziś uważam, że to była najlepsza inwestycja. Wyszliśmy z założenia, że dla dziecka nie ma wielkiej różnicy czy śpi w nowym czy używanym łóżku, a oszczędność była ogromna. W zamian za to wpłaciliśmy dziecku pieniądze na konto lub kupiliśmy kilka fajnych i poleconych gadżetów, które po prostu chcieliśmy nowe.

Przestrzeń dla  dziecka

Postaraj się odpowiedzieć sobie na pytanie, gdzie najwygodniej dla Ciebie i dziecka wygospodarować przestrzeń do spania, czy zamierzać karmić piersią i spać z dzieckiem – uwierz mi, to rozwiązuje wiele dylematów. Wiadomo, że założenia często rozmijają się z rzeczywistością, ale od czegoś trzeba zacząć, prawda? Po co Ci na początek pięknie urządzony pokoik dla niemowlaka, jeśli okaże się, że o niebo wygodniej Ci po prostu spać z dzieckiem? Może lepiej zorganizować mu tylko mały kącik, a pokój urządzić np. dla roczniaka. To pozwala też rozłożyć sobie wydatki. Ja zdecydowałam się na tradycyjne łóżeczko ze szczebelkami, w które dziecko zaczęłam odkładać dopiero w okolicach 4 miesiąca. O niebo lepiej sprawdził się (używany) kosz Mojżesza, który stał zaraz obok mojego łóżka. Plusem jest jego poręczność i lekkość, gdyż kosz w ciągu dnia przemieszczałam po całym domu, łącznie z ogrodem, żebym miała na dzieciaczka baczenie. Przy drugim dziecku dokupiłam stojak do kosza, co by oszczędzająca swoje siły matka nie musiała się cały czas schylać. Dzisiaj żałuję, że nie rozważyłam wtedy opcji dostawki do łóżka, gdyż tak prędzej czy później noworodek prawdopodobnie wyląduje w Twoim łóżku 😀 Jeśli chodzi o meble zainspirowałam się znajomymi, którzy kupili przepiękny komplet używanych mebli VOXa. Wybrałam sobie wprawdzie inny model i potem po prostu przetrząsałam OLX w poszukiwaniu łóżeczka, komody z miejscem na przewijak i szafy. Myślałam przyszłościowo, więc wybrałam jasny, uniwersalny komplet, który sprawdzi się zarówno przy chłopcu, jak i dziewczynce, a łóżeczko „rośnie” wraz z dzieckiem. Padło na model „Hiacynt”, który nowy kosztował ok. 3000zł, ja zapłaciłam mniej niż połowę.

Co jeszcze z rzeczy używanych?

Prawie wszystko z wyjątkiem akcesoriów do higieny oczywiście. Kupiliśmy używany fotelik samochodowy „skorupkę” maxi cosi, wózek, bujaczekmatę edukacyjną, karuzelę nad łóżko, skórzany bujany fotel do karmienia (miejsce najbardziej eksploatowane przeze mnie przez pierwsze miesiące). Szukaliśmy okazji i nie raz trafialiśmy na tzw. gratki. Wózek na przykład używany kilkukrotnie, gdyż służył komuś jako drugi wózek, był jeszcze na gwarancji, a kosztował kilka stów mniej niż nowy. Bujaczek BABYBJÖRN, który nowy kosztuje ponad 600 zł, my upolowaliśmy za 250, ale trzeba było być czujnym, gdyż jak tylko pojawia się używka na OLX, schodzi jak ciepłe bułeczki. Zresztą nic dziwnego, gdyż bujaczek ten zdecydowanie uważam za najlepszy gadżet dziecięcy, a służy nam teraz przy drugim dziecku. Jest to jeden z niewielu na rynku bujaczków 0+, w którym nie ma żadnego mechanizmu bujania, a cała jego magia polega na tym, że dziecko zaczynające się ruszać i wyginać, „napędza” bujaczek siłą swoich mięśni. Z używek kupiliśmy również używane łóżeczko turystyczne z gwarancją, które ktoś dostał jako niechciany prezent.

Ciuchy

Ciuchy to odrębny temat. Do pierwszego roku życia Myszka mogłabym policzyć na palcach ilość nowych ubrań, które dla niego zakupiliśmy. Rozpuściliśmy wici, że spodziewamy się chłopca oraz wypytywaliśmy znajomych czy nie mają na sprzedaż/wydanie i zostaliśmy hojnie obdarowani. Mnóstwo ubrań kupiliśmy w lumpeksach, których raczej nie byłam zwolenniczką, aż do pojawienia się dziecka. Okazało się, że właśnie w lumpeksach są naprawdę tony pięknych, prawie nowych rzeczy dla dzieci. No bo co taki niemowlak zużyje rzeczy skoro tylko leży? Martwiłam się, że ubrań będzie za mało, a okazało się, że 1/3 nie założył, bo albo już wyrósł, albo po prostu miałam za duży wybór. Nie muszę chyba wspominać, ile zaoszczędziliśmy na ciuchach, gdyż jak ktoś raz zasmakuje zakupów dziecięcych w lumpeksach, gdzie się płaci 1 zł za sztukę bodziaków, to gdy potem przychodzi do wydania załóżmy 25 zł na te same body w sklepie, tylko, że nowe, to naprawdę ręka się potrafi zatrząść. Czy Myszek chodził w jakiś obdartusach? A skąd. Zawsze wyglądał ładnie i schludnie, a ponadto przy różnych okazjach dostawał w prezencie kilka nowych fajnych ciuszków, co mu rekompensowało chodzenie w „lumpach” 😛

Co nowego?

Oprócz pampersów, pieluch tetrowych, kosmetyków, fridy do noska, przewijania i innych akcesoriów do pielęgnacji zakupiłam obowiązkowo nowy materac do łóżeczka oraz nieprzemakalny podkład. Na meblach mogłam zaoszczędzić, ale za to wolałam wydać więcej na nowy, dobry materac lateksowo-kokosowy Krzyś od Hevea. Oprócz tego dobrym zakupem okazała się poduszka do karmienia. Luk wybrał jak się potem okazało niezastąpioną Kurę Babci Dany, która przez pierwsze miesiące towarzyszyła nam w każdej podróży, teraz jest nadal używana przy córce, a kiedy nie jest chwilowo używana do karmienia, to służy jako zwykła poduszka, podparcie pod plecy, do zabawy Myszkowi lub po prostu ładnie wygląda na sofie.

Dla każdego coś miłego

Oprócz wymienionych wyżej jest jeszcze całe mnóstwo rzeczy nazwałabym to kontrowersyjnych, co oznacza, że u jednego się super sprawdzają, podczas gdy inni uważają je za totalnie zbędne. Po konsultacjach z koleżankami zdziwiłam się jak różnie te gusta „co się komu przyda” mogą się kształtować. Napiszę o własnych doświadczeniach:

Pościel – ile to ja godzin spędziłam przed komputerem na wybieraniu ślicznych wzorów pościeli dla dziecka… Co się okazało? Kołderka i poduszka wraz z dwoma pięknymi zestawami pościeli weszły w użytek dopiero grubo po roku życia Myszka, gdyż wcześniej kompletnie się nie sprawdzały. Kołdra była po prostu za duża i za gruba, Myszek się nią ciągle zakrywał, bałam się, że się pewnego dnia po prostu zaplącze. Świetnie się za to sprawdziły śpiworki do spania, których nie był w stanie rozkopać.

Pościel do wózka – dla mnie totalnie zbędna, gdyż rodziłam dzieci w sezonie wiosenno-letnim, więc kocyki w zupełności dawały radę, a na zimę już do spacerówki kupiłam po prostu śpiworek. Zakupiłam za to dwa prześcieradła do gondoli.

Rożek – przy Myszku sprawdził się świetnie przez pierwsze 2-3 miesiące, gdyż służył za otulacz (był zapinany na rzepy). Synek lubił być troszkę spętany, wtedy lepiej spał. U córki w ogóle nie używany.

Otulacze, spowijacze, wombie – jest  tego na rynku OGROM. Moja konkluzja jest taka, że dziecko które lubi być opatulone można owinąć w umiejętny sposób prawie każdym kocykiem lub większą pieluszką bambusową, nie trzeba wydawać milionów. Fajny otulacz to 100-200zł, kocyk czy pieluszka ok 40-50.

Ochraniacze do łóżeczka – początkowo myślałam o ładnym ochraniaczu lub fikuśnych poduszkach, którymi obkłada się łóżeczko,co by to delikatna główna mojego dziecięcia nie poobijała się o szczebelki. Potem naczytałam się o tym, że takie właśnie akcesoria zwiększają szansę na śmierć łóżeczkową i całe szczęście nie dałam się naciągnąć. Poza tym, gdy pierwszy raz  umieściłam Myszka w łóżeczku i położyłam się do własnego łóżka zrozumiałam dlaczego jeszcze ochraniacze to zły pomysł – całkowicie zasłaniałyby mi widok na dziecko. O wentylacji świeżego powietrze w samym łóżeczku nie wspominając.

Wanienka – u nas sprawdziła się tradycyjna na stojaku, ale z otworem do wypuszczania wody, co by nie zaiwaniać z wanienką pełną wody w tę i z powrotem. Jak już Myszek siedział zakupiliśmy wiaderko do kąpania, które było strzałem w dziesiątkę.

Ręczniki dla niemowląt – można przecież wytrzeć dziecko zwykłym ręcznikiem, ale ja lubię tę dziecięce, bardziej puchowe, które mają kapturki do założenia na morką główkę.

Butelka, smoczek, mleko modyfikowane – temat rzeka. Mleka nie miałam, gdyż zakładałam karmienie piersią, a w sytuacji awaryjnej przecież zawsze można podskoczyć do sklepu. I dobrze, gdyż się nie przydało. Butelka była jedna, na wszelki wypadek, przydała się do podania odciągniętego pokarmu. Smoczek zakupiony później i podany po 6 tygodniu, aby nie zaburzyć dziecku odruchu ssania i sobie laktacji, potem używany intensywnie, gdyż Myszek okazał się strasznym ssakiem.

Laktator – całkowicie zbędny moim zdaniem w wyprawce, bo trudno przewidzieć jak się potoczy Twoja mleczna droga, a dobry laktator to kosztowny gadżet. Ja zakupiłam ręczny przy pierwszym zastoju piersi, przy drugim dziecku kuzynka pożyczyła mi o niebo lepszy, elektryczny.

Podgrzewacze – podgrzewacz do podgrzewania mleka/pokarmu – a nie można w kąpieli wodnej? Podgrzewacz do pieluszek, żeby dzieciątku było przyjemnie założyć ciepłą pieluszkę – serio??!!

Miś Szumiś/Whisbear – przy Myszku sprawdził się średnio, za to u córy niezastąpiony. W pierwszych tygodniach spała tylko przy szumie.

Zdaję sobie sprawę, że można dostać bólu głowy od samego patrzenia na listę powyżej, gdyż wyprawka z pewnością spędza sen z powiek niejednej przyszłej mamuśce. Nie ma w tym nic złego, każda z nas chce się przygotować do macierzyństwa. Nie ma też nic złego w popełnianiu gaf, których ja także się nie ustrzegłam, w końcu uczymy się przez całe życie, a wiele rzeczy wyjdzie w praniu. Nie mniej jednak myślę, że udowodniłam, że na wyprawkę nie trzeba przeznaczać kilkunastu tysięcy. Zresztą myślę, że lepiej kupić mniej, niż za dużo, gdyż żyjemy w końcu w takich czasach, że w każdym momencie możemy podskoczyć do sklepu lub zamówić w Internecie z wysyłką na drugi dzień. A więc, udanych (rozsądnych) zakupów!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *