Drugi poród – czy zawsze jest łatwiejszy?

Znasz tę gadkę: „Nie będziesz wiedziała, kiedy samo wyskoczy.”

„Obyś zdążyła do szpitala. Wiesz, że drugie zawsze szybciej.”

„Pierwsze to masakra, za to drugie się rodzi w godzinę.”

Czy aby na pewno?

Mówi się powszechnie, że gdy już kobieta przeżyje pierwszy poród, to nic nie jest w stanie jej zaskoczyć. Drugie dziecko pcha się na świat szybciej, gdyż organizm już jest lepiej przygotowany. Pierwsze dziecko niejako przeciera drogę… Będąc w drugiej ciąży ze wszystkich stron słyszałam głosy pocieszenia jak ja to mam teraz dobrze, bo drugi poród to już pestka w porównaniu do pierwszego. A wiesz co powiem Ci dzisiaj? Byłam głupia i naiwna.

Statystycznie rzecz biorąc, w większości przypadków rzeczywiście jest tak, że przy drugim i kolejnym dziecku poszczególne fazy porodu ulegają skróceniu o około 50% w porównaniu z pierwszym. Kluczowe jest tu sformułowanie „w większości”. Jako, że uważam przygotowanie psychiczne do porodu za równie ważne co fizycznie (o przygotowaniu do pierwszego porodu pisałam TUTAJ), zakodowałam sobie w głowie, że będzie łatwiej i w ogóle pełen luz i spontan. To był błąd. Nadal zgadzam się z tym, że pozytywne myślenie jest kluczowe, ale w tym wypadku na tym pozytywnym myśleniu się przejechałam, gdyż nie doceniłam wroga pt. „drugi poród”. W takich sytuacjach uważam, że lepiej nastawić się na gorsze i być pozytywnie zaskoczonym niż na odwrót.

W moim przypadku nic nie przebiegało książkowo. Drugi poród rozkręcał się straaaaasznie długo. Już na miesiąc do przodu miałam kilka/kilkanaście skurczów przepowiadających na dobę. Na 2 tygodnie przed codziennie myślałam, że to już, gdyż kilkukrotnie zdarzały się akcje, że miałam regularne skurcze co 10-15 min przez kilka godzin, po czym akcja ustawała. Zupełnie tak, jak gdyby mojemu organizmowi brakowało „kopa”, żeby skończyć to, co się zaczęło. Wiedziałam wprawdzie, że pierwszy poród też rozkręcał mi się długo (ok. 2 tyg.), ale gdzie tu to nagłe „bum”, które mi wszyscy przepowiadali i pędzenie do szpitala? Naprawdę zazdroszczę wszystkim kobietom, którym ciało daje znać, że akcja porodowa się rozpoczęła poprzez np. odejście wód płodowych. Kobiety! Nie wiecie jaki to luksus! Ja przez fałszywe alarmy na kilka tygodniu przed byłam już wykończona. Nie spałam, ledwo się czołgałam, marzyłam, żeby moje męczarnie wreszcie dobiegły końca.

W końcu trafiłam do szpitala po kolejnej z rzędu akcji, gdzie przez 4 godz. miałam skurcze co 10 min. Na miejscu orzeczono, że wprawdzie przyjechałam dużo za wcześnie, ale ilość wód się zmniejsza, więc i tak trzeba rodzić. Poza tym przymknęli na mnie oko, gdy powiedziałam, że mam do szpitala 40 km. I tak spędziłam kolejne kilka godzin w niepewności na sali przedporodowej z raz pojawiającymi się i raz znikającymi skurczami. Wykończona i zdesperowana popłakałam się przed lekarzem, powiedziałam jak wyglądały moje ostatnie dni, polecił mi stymulację sutków, aby pobudzić do pracy okscytocynę. To był strzał w dziesiątkę i nie wiem dlaczego nie wpadłam na to wcześniej w domu, gdyż pewnie moje męczarnie zakończyłyby się dużo wcześniej. Skurcze zaczęły się nasilać. Mimo wszystko szło bardzo opornie. Byłam zła, przemęczona, głodna. Gdy po 3 godzinach lekarz powiedział mi, że rozwarcie poszło tylko o pół centymetra byłam na skraju załamania.

Licząc od momentu wejścia do szpitala, rodziłam ponad 15 godzin. Pierwsze dziecko 5,5. Co zawiodło? Nie wiem. Czy było gorzej? Tak. Dziś patrząc z perspektywy czasu i relacji męża, który mimo wszystko był bardziej obiektywny ode mnie, ból porodowy był pewnie porównywalny do tego z pierwszego porodu. Jednak ja odczuwałam go co najmniej w dwójnasób, gdyż to wszystko rozłożyło się w czasie i trwało dla mnie wieczność. Poza tym byłam wyczerpana poprzednimi dniami/ tygodniami. Nie miałam realnej szansy odpocząć, gdyż miałam pod opieką starsze dziecko, a nawet gdy mogłam, to skurcze przepowiadające nie dawały mi spać.

Drugi poród był dla mnie cięższy, bardziej bolesny, dłuższy i bardziej wymagający. Akcja porodowa ciągnęła się jak flaki z olejem, lekarze nie zalecali farmakologicznych wspomagaczy, gdyż twierdzili, że natura robi swoje. Wtedy pomyślałam sobie, że może natura tak naprawdę oszczędziła mnie przy pierwszym porodzie i teraz dopiero daje mi odczuć co znaczy „prawdziwy” poród. Zaczęłam rozumieć te wszystkie historie moich koleżanek, które porównywały poród do rzeźni czy do II wojny światowej. Przy drugim porodzie myślałam, że umrę.

Czy piszę to, żeby Cię nastraszyć? Niekoniecznie. Uważam jednak, że nie należy lekceważyć żadnego porodu, czy jest on pierwszy, czy dziesiąty, bo to nadal WIELKA RZECZ. Ja uwierzyłam w mit łatwiejszego drugiego porodu i wycierpiałam swoje. Bądź mądrzejsza.

Pewnie znasz też powiedzenie, że w momencie, gdy na świecie w końcu pojawia się upragnione dziecko zapominasz o całym bólu. To po części prawda. Nigdy nie czułam takiej ulgi, jak wtedy, gdy na świat przyszła Ula. Nadal pamiętam o bólu, ale jednak po czasie wspomnienia się zacierają i poród nie wydaje się już taki straszny, jak go malują. Po raz drugi mogę powiedzieć „mam tę moc” i cieszyć się z narodzin pięknej zdrowej córki, jednak dziś jak nigdy wcześniej uważam, że każdy poród jest inny. Czy drugi, czy dziesiąty. Życzę Wam samych łatwych porodów, bo wiecie, „nadzieja matką głupich”, ale gdyby nie ta nadzieja, to pewnie wielu z nas nie byłoby na świecie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *