DZIECI ROK PO ROKU – CZY TO NA PEWNO DOBRY POMYSŁ?

Decyzja o drugim dziecku jest jak pisanie pracy magisterskiej po zakończeniu studiów. Im dłużej odwlekasz, tym trudniej będzie Ci się za to zabrać, a jest szansa, że odwleczesz na „wieczne nigdy”. Kierując się tą logiką, postanowiliśmy iść za ciosem i zdecydowaliśmy się na drugie dziecko, gdy pierworodny miał 10 miesięcy.

Odkąd prowadzę bloga dostałam od Was już wiele pytań jak to jest mieć dzieci z tak małą różnicą wieku (20 miesięcy). Widząc jakie zainteresowanie budzi ten temat, postanowiłam Wam opisać moje doświadczenia. W ostatnim czasie obserwuje pewnego rodzaju trend, jeśli tak to można nazwać, posiadania dzieci z małą różnicą wieku. Rozumiejąc logikę myślenia innych rodziców, sama zdecydowałam się na taki krok. Czy to był dobry pomysł?

Słodki niemowlak w końcu w domu. Jak to będzie z dwójką?

Co nam mówili?

Ze wszystkich stron słyszałam komentarze na temat niezliczonej ilości plusów związanych z posiadaniem dzieci rok po roku. Będą się razem bawić. Starsze będzie się opiekowało młodszym. Drugie się samo chowa. Jedne pieluchy, wózki, przewijaki. Dwójkę odchowacie i będzie z głowy, czas dla siebie i w ogóle miód malina.

Nic dziwnego, że zachęcona takimi komentarzami zaczęłam rozważać tą opcję. A że z natury jestem dość wnikliwa nie poprzestałam nad opiniami „wszystkich” i  postanowiłam jednak zasięgnąć języka u kilku mam, które faktycznie dwójkę małych latorośli posiadają. Tu już takich zachwytów nie słyszałam. Raczej komentarze w stylu „pierwsze 2 lata to cyrk i jazda na kółkach, ale potem już jest z górki”. Jazda..hm pomyślałam, coś dla nas, no bo kto da radę jak nie my? Dwójkę odchowamy z tego najgorszego wieku, a potem świat jest nasz. A pierwsze 2 lata szybko przelecą, przecież nie może być tak źle? Otóż może.

Dzieciaki są do zjedzenia. Ale tylko matka dwóch maluchów wie, ile za nimi kryje się ciężkiej pracy… /Fot. Kamila Gil/

Co przemawiało na plus?

Kryterium więzi. Mówi się, że im mniejsza różnica wieku, tym większe prawdopodobieństwo, że dzieciaki będą miały dobry kontakt. Będą zżyte, starsze będzie się opiekować młodym i w ogóle będą stać za sobą murem.

Kryterium ekonomiczne. Decydując się szybko na drugie dziecko masz w domu większość potrzebnych gadżetów. Wózek, przewijak, nianię elektroniczną, bujaczek, fotelik samochodowy, ciuchy itp. To jest naprawdę duża oszczędność. Ponadto kobieta zachodząca w jedną ciążę po drugiej ma prawo do kolejnego urlopu macierzyńskiego u pracodawcy.

Kryterium jakościowe. Myślimy sobie tak „jedne pieluchy, nieprzespane nocki i choróbska, ale za to potem bajlando”. Generalnie chodzi o to, że wolimy trochę „pocierpieć” przez pewien czas, żeby potem cieszyć się większą wolnością, gdy dzieci trochę podrosną. Ja sama wiedząc już co to znaczy chodzenie na rzęsach po 2 godzinach snu, ząbkowanie, etap „tylko na rączkach” zastanawiałam się, czy za kilka lat będzie mi się chciało znowu przechodzić przez to ponownie i ładować się w pieluchy…

Kryterium wieku. Im człowiek starszy, tym ma mniej sił. Wiadomo. Ale chodzi o coś jeszcze. O plan na dzieci. My wiedzieliśmy, że chcemy co najmniej dwójkę. Rodząc Grzesia miałam 27 lat. Wiedziałam, że raczej mogę spokojnie odczekać i zdecydować się na drugie po 30-stce. Ale co, gdy kiedyś nam przyjdzie do głowy pomysł trzeciego dziecka? Może się okazać, że już nie ma na to czasu… Poza tym ja, jak to ja, młode dziewczę :-), natomiast Luk jest ode mnie 7 lat starszy. Nie chciałam, żeby zostawał tatą po 40-stce. Nie to, żebym miała coś przeciwko 40-letnim tatusiom, ale uważam, że gdy ma się wybór, nie ma na co czekać.

Kryterium kariery. Pracowałam w sektorze prywatnym i nie ma co się czarować. Wiem jak się patrzy na młode bezdzietne kobiety lub mężatki z jednym dzieckiem. Z punktu widzenia szumnie nazwanej „kariery” kobiety korzystniej jest zrobić sobie jedną kilkuletnią przerwę na dzieci, niż wracać na rok, dwa do pracy i znowu odchodzić. Pracodawcy nie są w ciemię bici i raczej nie dają takim kobietom wielkich szans rozwoju…

Logistyka z dzieciakami nie zawsze jest prosta. Na szczęście ktoś wymyślił dostawkę do wózka.

Co przemawiało na minus?

Wspomniany cyrk na kółkach przez pierwsze 2 lata. Ale co tam.

Jak jest faktycznie?

Ponoć posiadanie dzieci z małą różnicą wieku ma wiele plusów. Z tymże ja ich na razie nie widzę. No prawie. Jedyne co jest na plus, póki co, to łatwiejsze chowanie drugiego dziecka. Już tak nie przejmuję się płaczem, marudzeniem, katarkiem. Jestem na bieżąco z tym jak zachowuje się mały człowiek i co jest raczej w normie, a co nie. Nie przejmuje się, albo raczej nie mam czasu się przejmować. Ponadto zaczynam powoli dostrzegać budowanie się więzi między dzieciakami. Ula jest już w takim okresie, że nie chce leżeć sama na macie edukacyjnej, chce być zabawiania, potrzebuje bodźców. Latający dookoła Grześ, bawiący się co chwilę inną zabawką dostarcza jej tych bodźców. Dzieciaki reagują na siebie fantastycznie, uśmiechają się do siebie. Serce rośnie jak Grześ pokazuje Ulce zabawki, czesze jej włosy, głaska po nóżce. I…to by było na tyle z plusów 🙂

Jak więc wygląda ta ciemniejsza strona mocy? Cyrk na kółkach to mało powiedziane.

Zazdrość starszaka. Wiem, że Internet jest pełen poradników pt. „jak przygotować starsze dziecko na pojawienie się młodszego”. Może to i działa.. w przypadku nieco starszych dzieci, a nie półtoraroczniaka, który nie ogarnia jeszcze tak abstrakcyjnych tematów jak „ciąża”, „rodzeństwo”, „siostrzyczka”. Uprzedzałam, tłumaczyłam, pokazywałam brzuch, czytałam książeczki, włączałam do opieki. Nie uniknęłam jednak ogromnej zazdrości. Nie o siostrę. Ale o mnie. Myszek raczej nigdy nie był typem synusia mamusi, kurczowo trzymającego się spódnicy. Teraz jest. Przez pierwszy miesiąc nerwowo reagował praktycznie za każdym razem, gdy brałam/trzymałam/karmiłam Ulę, czyli…prawie cały czas. Wchodził na kolana, ciągnął za rękę, dobierał się do drugiego cycka, mimo, że już nie jest karmiony piersią 🙂 Największym wyzwaniem okazało się usypianie Uli, która zdecydowanie preferuje grobową ciszę. Grześ natomiast, gdy tylko prosiłam go o ciche zachowanie, bo usypiam siostrzyczkę, rzucał zabawkami, tupał, krzyczał. Mała przez to była nerwowa i w ogóle nie spała lub wybudzała się co 10 minut. I tak w kółko. Sen starszaka też na tym ucierpiał. Przed pojawieniem się Uli na świecie przesypiał już całe noce w swoim łóżku, w swoim pokoju, budził się sporadycznie. Gdy na świecie zawitała siostrzyczka zaczął się budzić w środku nocy, czasem po 2-3 razy z krzykiem i przybiegać do nas do pokoju. Gdy zobaczył Ulę przy cycku leżącą ze mną w łóżku, dostawał wręcz spazmów. Podczas gdy w pierwszych tygodniach myślałam, że to minie, teraz (Ula ma zaraz pół roku) przeżywamy drugą falę zazdrości. Budzi się w nocy i płacze tak długo, dopóki nie przyjdzie mama. W ciągu dnia nie odstępuje mnie na krok. Chętny do tej pory na wychodzenie na dwór z tatą, nie chce się nigdzie ruszyć, gdy widzi, że ja zostaję z Ulą. Musimy go przechytrzać np. ja odprowadzam go do drzwi, zajmujemy go jakąś zabawką, potem znikam, tak by się nie spostrzegł 🙂 Mama musi ubrać, nakarmić, nie tata, mama! Bo mama! I basta!

Grześ pozazdrościł Ulce jazdy w wózku.

Wyrzuty sumienia. Ile się napłakałam przez pierwszy miesiąc z powodów wyrzutów sumienia, że starszak czuje się przeze mnie odepchnięty wiem tylko ja. Zastanawiałam się czy cały ten okres adaptacji do nowej sytuacji rodzinnej jest trudniejszy dla niego czy dla mnie. Przed pojawieniem się na świecie Ulki byłam cała dla niego. Spędzałam z nim większość czasu. Nagle pojawiła się mała Istotka, która przewróciła nasze życie do góry nogami. Zanim udało mi się w miarę poukładać opiekę nad dwójką naraz bardzo często wyręczał mnie mąż albo teściowie, którzy się opiekowali starszakiem. Było mi choć trochę lżej, a równocześnie strasznie przykro. Tęskniłam za nim i ilekroć widziałam jego zazdrość o mnie nękały mną wyrzuty sumienia, że nasz czas sam-na-sam bezpowrotnie się skończył.

Krytyczny okres. Myślę, że największym problem przy tej różnicy wieku jest to, że gdy rodzi się młodsze dziecko, starsze wchodzi w jeden z najtrudniejszych okresów, czyli 1,5-2,5 roku. Dwulatek potrzebuje jeszcze sporej asysty przy wielu czynnościach, trzeba mu przebrać pieluchę, wysmarkać nos, założyć buty, umyć zęby. Wymaga ciągłej uwagi i zabawiania. Na ten czas przypada nauka wielu ważnych czynności, jak odpieluchowanie, samodzielne jedzenie, ubieranie, rezygnacja ze smoczka, butelki itp. Ze smoczkiem na szczęście poradziliśmy sobie bezboleśnie i szybko. Natomiast odpieluchowanie, mając mniejsze dziecko w domu jest…co najmniej logistycznie trudne. Bo jak tu latać za dzieckiem z nocnikiem po każdej oznace, że chce siusiu/kupkę, skoro większość czasu karmisz/przewijasz/lulasz niemowlę? Nie raz karmiąc Ulę, obserwowałam jak na podłogę leci co nieco i..nie mogłam się ruszyć. Cóż, kupa nie zając, nie ucieknie 🙂

Myślę sobie, że posiadanie w domu starszego dziecka, które już jest bardziej samodzielne niż 2 latek ułatwiłoby sprawę, gdyż zajmowanie się na okrągło dwójką maluchów, z których każde wymaga sporej uwagi jest naprawdę wycieńczające. Poza tym każdy rodzic, który kiedykolwiek miał w domu dwulatka, wie jaki to wulkan energii i emocji sam w sobie.. A teraz dodaj sobie do tego niemowlaka w domu.. Wyzwanie logistyczne jest ogromne, gdyż nie zawsze da się pogodzić opiekę nad dwójką bez kolizji. Jak to powiedziała mi kiedyś jedna mama „tego się nie uniknie, czasami jedno płaczę, czasami drugie, musisz wybierać mniejsze zło”. Ponadto trzeba ciągle uważać, gdyż Grześ jeszcze jest na tyle nieporadny, że nie raz zdarzy mu się zrobić siostrze krzywdę. Oczywiście nie robi tego celowo, ale tu ją kopnie, tam się przesunie i usiądzie na jej rękę, tu zawadzi.

Zero czasu dla siebie. Przy jednym dziecku wydawało mi się, że wszystko można pogodzić. Mając „tylko” Myszka zajmowałam się nim, domem, gotowałam, sprzątałam, ale też znajdowałam czas na spotkania ze znajomymi, podróże, ćwiczenia. Nawet będąc w drugiej ciąży robiłam studia podyplomowe i certyfikat językowy. Teraz… Hm..  Znasz to powiedzenie? „Kiedyś wydawało mi się, że jestem zmęczona i niewyspana. A potem miałam dzieci.” No właśnie. Znalezienie dla siebie 30 minut w ciągu dnia to prawdziwe wyzwanie. Do pisania tego tekstu zabierałam się jakieś 10 razy, oczywiście piszę go na raty, i to większości wtedy, kiedy mam „tylko” jedno dziecko pod opieką. Miałam ćwiczyć, rozwijać swoje pasje, czytać książki. Miałam. Zamiast tego cieszę się, gdy uda mi się ubrać w czyste rzeczy, związać włosy w matczyny koczek i umalować rzęsy. Fejsa i artykuły przeglądam przy karmieniu albo siedząc na dywanie, budując setną wieżę z klocków. Nie ćwiczę, nie chodzę do kosmetyczki, maseczkę nakładam raz na 2 miesiące. A gdy już znajdzie się wieczorem chwila dla siebie, mając do wyboru rozwijanie własnych pasji i sen.. hm wybór jest oczywisty 🙂

Zero czasu dla związku. Zawsze byłam zdania, że dziecko to mega wyzwanie dla związku. A dwójka małych dzieci.. związek zabija. Nie no, żartuję 🙂 Fakt jest jednak taki, że znalezienie czasu dla siebie nawzajem w tej codziennej gonitwie graniczy z cudem. Do tej pory był ten czas, podczas gdy dziecko spało lub było pod opieką kogoś innego. Teraz każdy wieczór wygląda niczym horror. Obydwoje latamy za dzieciakami. Karmienie, lulanie, płacz, przebieranie tyłka, zabawka spadła, płacz, kąpanie jednego, drugiego, kropelki, witaminki, zbieranie zabawek, płacz, mleczko, płacz, ktoś potknął się o własne nogi, płacz. Nie mówiąc już o tym, że na co dzień pojawia się dużo nerwów, a wiadomo na kim najłatwiej je wyładować… 5 lat temu w sobotę o 21.30 zabierałam się za picie drinków. Teraz cieszę się, gdy o tej godzinie dzieciaki śpią, a ja wtedy z mocną listą postanowień co zrobię jutro, padam na twarz i też idę spać. Spać hehe dobre sobie, raczej czuwać, bo pobudka co godzinę, dwie murowana, bo jak nie jeden to drugi wyrywa matkę z czeluści nocy.

Powiesz pewnie: „sama chciałaś”. Ano chciałam. Co nie zmienia faktu, że są takie dni, że płaczę i myślę, że nie na to się pisałam. Są takie dni, gdy wstając rano odliczam godziny do wieczora, przecierając piasek z oczu. Są takie dni, gdy w myślach liczę do 10, by nie wybuchnąć. Czasem pragnę „tylko” ciszy i świętego spokoju. Pół dnia bez dzieci. Trzech godzin przespanych pod rząd. Przeczytania artykułu bez wiecznego płaczu lub „mamooo”. Zrobienia obiadu bez ciągnięcia za nogawkę. Wzięcia długiego prysznica, nałożenia odżywki i balsamu. Czasami chce mi się wyć i myślę sobie „na co mi to było?”. Mam poczucie, że moje najlepsze lata przelatują mi gdzieś między palcami, że kompletnie utonęłam w pieluchach, kaszkach i bajkach. W imię czego? Tego, żeby za kilkanaście lat dzieci pyskowały mi w twarz? Kłamały i kombinowały. Chodziły na wagary, popalały papierosy po kątach. A potem wyszły z domu i wpadały na obiad raz na miesiąc? Czy to jest tego warte???

W chwilach kryzysowych myślę sobie, że nie jest. I mam ochotę rzucić wszystko, jak to mawiała moja babcia, w pieruny. Nie zakończę tego tekstu optymistycznie pod tytułem „ale oczywiście, że jest warto. Warto dla każdego słodkiego uśmiechu, gołych stópek, zapachu dziecka, oplecionych rączek wokół szyi”. Bo to i pewnie prawda.  Ale o tym człowiek przekonuje się, gdy coś mija. Tak niestety jesteśmy skonstruowani, że doceniamy coś po fakcie. Przeczytałam ostatnio fajny komentarz, że z dziećmi rok po roku „było ciężko”, z akcentem na „było”. Więc tak, pewnie za 2 lata zobaczę światło w tunelu i będę z rozrzewnieniem wspominać czas, kiedy moje dzieciaki chodziły w pieluchach. Ale na razie jest cholernie trudno.

Niech Was nie zwiodą te słodkie minki 😀

4 comments

    Dzieci rok po roku to nie lada wyzwanie , ale jak młodsze ma już rok skończony umie chodzić to na prawdę jest łatwiej. Między moimi chłopcami jest 15 miesięcy jak tak pomyśle że miało by się to powtórzyć to mam dość na samą myśl. Marek ma teraz 2 lata 6 miesięcy a Kuba 1 i 3 miesiące , nie zapomnę o najstarszym który ma lat 8 ;) Powodzenia ;)


    Warning: printf(): Too few arguments in /wp-content/themes/aleksandr/inc/comments.php on line 24
    | 8 miesięcy ago Odpowiedz

    Między moimi chłopcami jest 18 mscy różnicy. Jestem dopiero na.początku przeprawy bo młodszy syn nie ma nawet miesiąca ale wygląda to dokładnie tak jak piszesz. Myślałam że wrócę do domu z małym słodkim bobaskiem, nakarmię go przebiorę i już mam czas dla starszego syna, oj jak bardzo się myliłam... Dziękuje za ten tekst, przynajmniej wiem że nie jestem sama no i przede wszystkim, że nie jestem nienormalna :)

    Kamila | 5 miesięcy ago Odpowiedz

      Jasne, że nie jesteś. Tylko niewiele mam ma odwagę mówić o swoich obawach...

      kalina | 4 miesiące ago Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *